Nr 36 (1554)
02 września 2010r.
Kobieta 2007
Wszystko jasne. Kobietą 2007, zgodnie z wolą Czytelników "Kontaktów", została Krystyna Michalczyk - Kondratowicz, do niedawna prokurator okręgowy w Łomży, teraz radna miejska i prezes łomżyńskiego Oddziału Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej.
Wyniki Plebiscytu ogłoszone zostały w piątek, w przeddzień Dnia Matki w restauracji "Retro" w Łomży (ul. Nowogrodzka 157). I choć oficjalnie tylko jedna Pani otrzymała honorowy tytuł spośród dziesięciu nominowanych i dwudziestu trzech zgłoszonych, to laureatkami Plebiscytu są wszystkie jego uczestniczki. Zostały zgłoszone przez Czytelników, co znaczy, że wyróżniają się w swoich środowiskach niezwykłą aktywnością, wykraczającą poza obowiązki służbowe, serdecznością i wrażliwością na potrzeby innych. Każdego dnia udowadniają, że z powodzeniem można godzić pracę z rolą matki i żony oraz z zadaniami, które z dobrej woli na siebie wzięły. Są osobowościami, budzącymi podziw i szacunek, o czym świadczyły, nadsyłane każdego tygodnia do "Kontaktów" stosy kuponów.
Już samo zgłoszenie kandydatur do Plebiscytu zasługuje na uznanie, ponieważ zostały zauważone w najbliższym środowisku. A o to często najtrudniej. Ocena Czytelników okazała się zbieżna z oceną władz samorządowych. W uroczystości wzięli udział prezydent Łomży Jerzy Brzeziński, burmistrz Jedwabnego Krzysztof Moenke, wójt gminy Mały Płock Józef Dymerski i wójt gminy Łomża Jacek Nowakowski. Gościem spotkania była także prezes Zarządu Podlaskiego Stowarzyszenia Właścicielek Firm – Klub Kobiet Biznesu w Białymstoku Danuta Kaszyńska.
- Każdego dnia jesteście Panie dla nas matkami, żonami i... kumplami – powiedział prezydent Jerzy Brzeziński – Podziwiam Wasze dążenie do celu z uporem i wdziękiem. Składam wyrazy szacunku, wdzięczności i wielkiej sympatii.
Miłą atmosferę spotkania podkreślały romantyczne wnętrze restauracji "Retro" i serwowany przez nią słodki podwieczorek (niezapomniany smak deserów lodowych, ciast i napojów), Jan Suchodoła przy pianinie "serwujący" nastrojowe melodie oraz kwiaty z kwiaciarni "Ogrodnik" Edwarda Przybylaka.
Wszystkie Panie nominowane do tytułu Kobieta 2007 zostały obdarowane kosmetykami przez firmę Avon (Biuro Okręgu 144 w Zambrowie). Miłą niespodzianką była muzyczna dedykacja ulubionych przez Panie utworów oraz konkurs firmy Avon.
Dziękujemy Czytelnikom "Kontaktów" za udział w Plebiscycie. Dzięki niemu, nie tylko my dowiedzieliśmy się o tak wielu wspaniałych kobietach, zasługujących na najwyższe uznanie i szacunek.
Dziesięć Pań, nominowanych do tytułu Kobieta 2007, zaprezentujemy niebawem w "Kontaktach".
Maria Gabi
W Aniołowie
"Trzeba umieć walczyć o swoje marzenia. Ale trzeba też wiedzieć, które drogi są nie do przebycia i zachować siły na przejście innymi ścieżkami", mówi Alicja Agata Gołaszewska z Łomży, nominowana do tytułu Kobieta 2007 w Plebiscycie "Kontaktów"

Zmiany w scenariuszu
Złotą myśl o marzeniach przyjęła za swój drogowskaz. Maksymy zbiera od zawsze. Najpierw trafiają do koperty w torebce, potem do szuflady. Uważa, że choć są to mądrości innych, pasują do każdego człowieka.
Do swoich marzeń zmierza drogami i... ścieżkami. Jej największym spełnieniem są dzieci i mąż. Dla nich pozostawiła rozprawę doktorską. Po skończeniu studiów na SGGW w Warszawie, pracowała na uczelni i ... marzyła o doktoracie. Ale... urodziła się Georginia. Potem Adrian. Nagle zmarł tata. Zamieszkali z mamą w Łomży, życie napisało inny scenariusz.
W Łomży krótko pracowała w szkole podstawowej. Potem otworzyła z mężem salon odzieżowy. W Łomży urodziła trzecie dziecko, syna Wiktora.
Co roku w wakacje wyjeżdżają całą rodziną. Wcześniej nad morze, ostatnio w góry.
- Dzieci są już starsze i nie zawsze chcą z nami jechać. Ale wakacyjny tydzień jesteśmy razem. Cieszymy się sobą, kłócimy, godzimy. Jesteśmy jak włoska rodzina z temperamentem. Ale zawsze dochodzimy do porozumienia - śmieje się.
Ze wspólnych wyjazdów przywozi anioły. Cała kolekcja stoi w "Aniołowie". Przypominają skąd pochodzą i co się zdarzyło w tamtej podróży.
- Żyją z nami i ogarniają nas opiekuńczymi skrzydłami. A w momentach, kiedy za bardzo pędzę albo za dużo w domu mówię i denerwuję innych, zatrzymują mnie i jakby zwracają uwagę, że nie zawsze mam rację - mówi Agata.
W biegu
Od siedmiu lat jest prezesem Ruchu Kobiet do Walki z Rakiem Piersi Europa Donna w Łomży. Tę misję podpowiedziała jej chora na raka koleżanka, która już nie żyje. Organizuje spotkania o profilaktyce, koncerty charytatywne, spektakle, zbiórkę pieniędzy, ściąga do Łomży mammobus, w którym można wykonać mammografię. Po takich badaniach kilka kobiet otrzymuje skierowanie do poradni, bo dla nich to już godzina "zero".
Od ostatnich wyborów samorządowych Agata jest radną. Przewodniczy Komisji Oświaty, Kultury i Sportu Rady Miejskiej Łomży.
- Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. Bezpośrednio spotykam się z wieloma sprawami, chcę być zawsze do dyspozycji wyborców – mówi – A biznesem zajmuję się z konieczności. Trzeba zarabiać pieniądze, bo mamy i kształcimy troje dzieci, czyli jest na kogo wydawać i w kogo inwestować.
- Marzenia? Zdrowie mojej rodziny. Z resztą, przy pomocy aniołów, zawsze sobie damy radę – mówi Agata.
Maria Tocka
Szczęścia Alicji
"Jestem szczęśliwa i spełniona", mówi o sobie Alicja Zdziarska z Wysokiego Mazowieckiego, nominowana do tytułu Kobieta 2007 w Plebiscycie "Kontaktów"

Rodzina
"Alicja", choć ma na imię Alina i Ewa. Nie kocha tych imion. Zawsze przedstawiała się "Alicja" i tak do niej mówiono w dzieciństwie i młodości. Mąż od początku nazywał ją "Żaba". Alicja pamięta, jak babcia Stefcia przestrzegała: "Niech Tadzio nie nazywa jej tak, bo dzieci będą też tak nazywać". I stało się tak, jak przewidywała babcia. Dzieci mówiły i mówią do niej "Mama Żaba".
Jest szczęśliwa, choć tylko dwa lata pracowała w wyuczonym zawodzie i ma za sobą 21 operacji.
Mąż, także poważnie chory, jest rencistą. "Jest najlepszym człowiekiem na świecie. Przyjacielem", mówi krótko i w tych słowach zawiera wszystko. Jej szczęściem są także dzieci. Tomek, pierworodny syn, był wyczekiwany i wymodlony.
- Prawie całą ciążę przeleżałam w szpitalu i nie rozstawałam się z różańcem. Dziś ma 24 lata, klęka na oba kolana obok mnie w kościele. To cieszy. Mamy bardzo dobre i wrażliwe dzieci – mówi.
Tomek skończył Technikum Elektromechaniczne w Ełku. Pracuje w Mlekovicie i studiuje zaocznie. We wrześniu ubiegłego roku, w 25 rocznicę ślubu rodziców, ożenił się z Moniką.
O rok młodsza córka Aleksandra (imię po babci i dziadku) studiuje na dziennych studiach pedagogikę na Uniwersytecie Warmińsko Mazurskim w Olsztynie. Ma chłopca i za rok planują wziąć ślub też we wrześniu.
Jest jeszcze prawie dwunastoletnia Kasia (urodziny w grudniu). W domu Alicji od dziesięciu lat. Najpierw Alicja z Olą zabrały ją z Domu Dziecka w Zambrowie na Święta Bożego Narodzenia. Dwuletnie dziecko ważyło niecałe siedem kilogramów. W święta była rodzinną maskotką. Zabawiał ją wówczas jedenastoletni Tomek i dziesięcioletnia Oleńka. Po świętach Kasia wróciła do Domu Dziecka, ale w domu Alicji już nikt nie był spokojny. 20 stycznia pojechali po Kasię. I została do dziś. Była zaniedbana i chora. Wymaga dużo troski. Uczy się w klasie integracyjnej. "Robi duże postępy", mówi z dumą Alicja.
Dług
Drugą kadencję jest radną miejską w Wysokiem Mazowieckiem. Przewodniczy Komisji Rodziny. W pierwszej kadencji postanowiła zorganizować wigilię dla rodzin dotkniętych różnymi chorobami, biedą i nieszczęściem. Szukała pomocy. Radnym z Komisji pomogła Anna Siekierko, która wtedy powiedziała, że wigilia, to tylko jeden dzień.
- "A co potem?", zastanawiałam się. To była inspiracja – wspomina Alicja. - Uświadomiłam sobie, że mam dwa długi do spłacenia. Jeden Bogu za to, że żyję. A drugi ludziom, którzy w różnych momentach stawali na moje drodze i pokazywali, którędy powinnam iść.
Zachorowała mając 11 lat i kolejne 11 lat tułała się po szpitalach. Przeszła 21 operacji, dostała 70 litrów krwi. Wówczas mało przebywała w domu i z tego powodu na ukształtowanie jej osobowości rodzice, których czuła bliskość i miłość, mieli niewielki wpływ.
Powołała Stowarzyszenie "Bliżej Ciebie". Skupiła wokół niego tych, którzy mogą pomagać i tych, którzy tej pomocy potrzebują. Stowarzyszenie działa 5 lat. Nawiązało współpracę z bankiem unijnej żywności. Prowadzi punkt darmowej odzieży i sprzętu. Organizuje wigilie i bale karnawałowe dla dzieci. Na koniec ubiegłego roku Stowarzyszenie pomocą objęło 1033 osoby z miasta i sąsiednich gmin.
- Mam wokół siebie dużo przyjaznych ludzi. Często jestem w biegu, bo wiele spraw trzeba załatwić. I gdyby nie zrozumienie rodziny, nie udźwignęłabym tego wszystkiego i nie mogłabym tak wiele robić dla innych – mówi Alicja.
Radości
Lubi gotować. Mężowi jego ulubiony rosół z domowym makaronem, krojonym nożem (nie maszynką), choć sama rosołu nie lubi. Na szczęście, dzieci od zawsze jedzą wszystko, także to, co przyrządza najszybciej.
Kocha fartuszki, lubi je zakładać. Pod ręką musi być kilka. Lubi też książki kucharskie i różne "skorupy", jak określa naczynia.
- Przywiązuję się do różnych drobiazgów i bibelotów. Lubię stawiać je na szafkach i patrzeć. Ale takich wystawek nie lubi mój mąż – wyznaje ze szczerością.
Z kulą nie rozstaje się od siedemnastu lat. Jej podróże, to głównie wyjazdy na turnusy rehabilitacyjne z Kasią. Na inne nie ma pieniędzy. Wypoczywa na działce, pielęgnowanej przez męża.
I cieszy się szkolnymi sukcesami Kasi, zaliczoną sesją Oli i Tomka, magisterką synowej Moniki, rozdaną żywnością tym, którzy jej nie mają i ... czerwcową zielenią na działce.
Maria Tocka
Ślad
"Życia bez nienawiści uczy się nie słowami, lecz własnym przykładem", mówi Ewa Mańko z Jedwabnego, nominowana do tytułu Kobieta 2007 w Plebiscycie "Kontaktów"

Lekcje dla ulicy
Miała prawie 2 lata, kiedy na świat przyszły jej siostry bliźniaczki. Do dzisiaj bliższa i dalsza rodzina jest zgodna: szybko przy nich wydoroślała. Widać było także, że jest stanowcza i wie, czego chce.
Kiedy została uczennicą klasy pierwszej szkoły podstawowej, nie miała wątpliwości: będzie nauczycielką. Widać było, że ma powołanie, skoro na jej rodzinne podwórko w Piątnicy schodziła się do "szkoły" młodsza dzieciarnia z całej ulicy. "Pani" w maminych butach na obcasach i patykiem w ręce, "uczniów" wciąż przybywało!
- Uwielbiałam to! Nie wyobrażałam sobie innego zawodu. "Lekcje dla ulicy" odbywały się nawet w czasie wakacji - śmieje się Ewa Mańko, dyrektor Zespołu Szkół Ogólnokształcących i Zawodowych im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Jedwabnem.
Bez historii
Tata, fotograf amator, uwieczniający przede wszystkim życie swojej rodziny, "zaraził" pierworodną córkę swoją wielką pasją. Aparat "Druh" kosztował 150 złotych, z futerałem 208. Miała cel. Kupiła "Druha" za własne oszczędności! Fotografowała "wszystko i wszystkich". Jako licealistka, na gwiazdkę dostała Smienę 8. Sama przekonywała się, jak cenny, choćby dla historii rodzinnej, jest każdy dokument. Jednak w szkole samej historii nie lubiła. "Prawdziwej" historii uczyła się od babci Marysi, której ludowa władza pozwoliła po wielu latach wyjechać do Wielkiej Brytanii na spotkanie z mężem, żołnierzem spod Monte Cassino. Syberia i Katyń, jak niemal w każdym polskim domu, były także obecne w ich rodzinie.
Warunek
Liceum Ogólnokształcące im. Tadeusza Kościuszki w Łomży kończyła z zamiarem studiowania medycyny. Po egzaminie, do spełnienia marzenia zabrakło kilku punktów. Od swojego szefostwa w Białymstoku ojciec dostał propozycję: on zapisze się do PZPR, a córka od października będzie studentką. Nie zapisał się.
- Nigdy tego nie żałowałam - mówi Ewa Mańko, absolwentka Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego ówczesnej filii Uniwersytetu Warszawskiego w Białymstoku. - Rodzice wpoili mi zasadę: iść w życiu prostą drogą. Tylko to oznacza bycie sobą.
Sprawa w tle
Henryk był kolegą z podstawówki. Ich drogi rozeszły się i zeszły po latach. Zostali małżeństwem. Po ukończeniu studiów (mąż jest lekarzem weterynarii), otrzymali pracę w Jedwabnem. Planowali pozostać tu rok, może nieco dłużej. Urodził się syn Czarek. W 1981 roku Ewa Mańko została gminnym dyrektorem szkół do spraw wychowawczych. Od 1 września 1984 jest dyrektorem Zespołu Szkół. Ale przede wszystkim czuje się nauczycielką i wychowawcą.
Zlot Pamięci Września w Wiźnie zainicjowało prowadzone przez nią szkolne koło turystyczno-krajoznawcze. Porządkowała z młodzieżą miejsca pamięci narodowej, zapomniane wojenne cmentarze i mogiły, bez dzielenia na "swoje" i "obce". Pamiętała także o mogile Żydów, zamordowanych w Jedwabnem.
- "Sprawa Jedwabnego" zawsze była w tle - wspomina. - Sami mieszkańcy i ludzie z okolicznych wsi od dawna żyli ze świadomością "kto i co". Życie toczyło się normalnie wokół tego, co za "normalne" w miejscu spalonej stodoły dawno zostało uznane. Nagłym "przebudzeniem" stała się książka Grossa. Mogłam do niczego się nie wtrącać i czekać na tzw. rozwój wypadków. Nie czekałam. Człowiek musi mieć swoje zdanie.
Przed uroczystościami 60 rocznicy zbrodni, "żydowskim szlakiem" pojechała z młodzieżą do Warszawy. W sławnej synagodze Nożyków spotkali się z młodzieżą żydowską i ówczesnym ambasadorem Izraela Szewachem Weissem. Podarował jej miniaturowy pojemnik na torę. Zażartował, że kiedyś do Jedwabnego przywiezie także torę.
Oblężenie
"Sprawa Jedwabnego", z pracami archeologicznymi na miejscu zbrodni, oznaczała dla niej prawdziwe oblężenie dziennikarzy z całej Polski, jakby była w tym mieście najważniejsza. Oczekiwali komentarza na niemal każdy "wątek", niejednokrotnie niesprawiedliwie oceniając sytuację. Do tego swoje dokładali mieszkańcy Jedwabnego. Ale nie przejęła się, bo już od dawna słyszała, że "uczy tolerancji nie w tą stronę".
- W Jedwabnem wciąż żyje się z poczuciem dwóch prawd. Świadkowie przy każdej kolejnej relacji mogą widzieć coś innego. Ale prawda jest tylko jedna. Życia bez nienawiści uczy się nie słowami, lecz własnym przykładem - mówi Ewa Mańko.
We wtorek, 10 lipca 2007 roku, znowu zapali znicz na najsłynniejszej w świecie zbiorowej mogile, w miejscu stodoły, w której spłonęli 10 lipca 1941 roku, żydowscy mieszkańcy Jedwabnego.
Rozpoznawalna
Od lat wysyła krewnym, przyjaciołom i znajomym wykonane własnoręcznie świąteczne kartki.
- To także ślad, po którym kiedyś mnie rozpoznają - mówi. - Człowiek powinien być rozpoznawalny.
Gabriela Szczęsna
Dowody serca
"Nie chcę zajmować w sercach dzieci miejsca ich mam", mówi Jadwiga Paździor z Zambrowa, nominowana do tytułu Kobieta 2007 w Plebiscycie "Kontaktów"

1.
Przywiodły ich rodzinne tragedie. Wstrząsające obrazki z własnych domów długo tkwiły w małych sercach. Nieufne stawały w progu. Przytulały je serdeczne, ale... obce ręce. Czas uspokajał i zamazywał przykre obrazy z przeszłości. Tu nie było kłótni, głodu, strachu.
- Wszystkie dzieci traktuję jak swoje. Przytulam i pocieszam, zwrócę uwagę i skarcę. Cieszę się z ich osiągnięć – mówi dyrektor Domu Dziecka w Zambrowie Jadwiga Paździor.
W Domu jest 69 dzieci. Zna ich imiona i troski. Tak jest od 22 lat. Ma ponad 600 wychowanków. Z wielu jest dumna. Przechowuje wypisane dziecięcą ręką laurki i podziękowania: "Za wspieranie dobrą radą". "Za uczenie jak postępować". "Za pomoc w rozróżnianiu dobra od zła". "Za zrozumienie i serce". "Za naukę życia".
Na Dzień Matki Krzysiu przyniósł jej życzenia: "Dla Kochanej Mamy..." Nigdy jednak nie chce zajmować w sercach dzieci miejsca ich mam. Krzysiowi powiedziała, że kartka jest przeznaczona dla jego mamy i... do niej ją wspólnie wysłali.
2.
Do jesieni ubiegłego roku mieszkała w budynku Domu Dziecka. Prywatny dom i życie splątało się z życiorysami dzieci z Domu.
- Bywało, że na święta prawie wszystkie rozjechały się do swoich albo obcych rodzin. Zostawało dwoje lub troje i zabierałam je do siebie. Jechaliśmy wszyscy, moich dwoje dzieci i troje z Domu do mojej albo męża rodziny – opowiada Jadwiga Paździor.
Jej rodzone dzieci bawiły się i uczyły z "przyszywanymi". Dziś oboje są lekarzami, syn pediatrą. Mąż, nauczyciel matematyki, gdy tylko była potrzeba, pomagał dzieciom z Domu w rozwiązywaniu matematycznych zadań. I ... robi to do dzisiaj.
Mieszkanie za ścianą, to jakby ciągłe przebywanie w pracy. Wiedziała o wszystkich szczegółach. I choć w prywatnym domu, żyła odgłosami zawodowego życia, raz w roku odrywa się od pracy. Jeździ z rodziną od lat z namiotem do Krynicy Morskiej. Tak jak kiedyś jeździła na obozy harcerskie. Dla niej to najwspanialszy wypoczynek. W tym roku też jadą wszyscy pod namiot.
3.
- O swoje rodzone dzieci jestem spokojna. Jedyne marzenie to, żeby w Domu nikomu nic złego się nie stało – mówi.
W kierowanym przez nią Domu Dziecka do tej pory tylko jedna dziewczyna w czasie wakacji zaszła w ciążę.
Wzrusza się, kiedy dorosłe odchodzą, ale wie, czego się nauczyły: uczciwości, gospodarności, pracy. Z drugiej strony, choć są przygotowane, nigdy nie wiadomo, jak im się ułoży. Gdy jest możliwość, pomaga w załatwieniu mieszkania. W ubiegłym roku pięciu wychowanków przeniosło się do własnych.
- Pamiętają o nas w najważniejszych momentach swego życia. Zapraszają na śluby. Piszą o rodzinach, przysyłają zdjęcia. Choć dorośli, często proszą o radę. Gdy coś im nie wychodzi, martwię się z nimi – mówi Janina Paździor.
W majową niedzielę była na uroczystości pierwszej komunii dziecka wychowanki z Grajewa. Miała jej tyle do powiedzenia...
Ostatnio odwiedził ją młody mężczyzna i spytał, czy go pamięta. Powiedział nazwisko i... od razu przypomniała sobie kilkunastoletniego chłopca z Łomży. Nie widziała go 11 lat. Piotr ma pracę i samodzielne mieszkanie w Zambrowie. W wolnym czasie wpada do swego Domu.
Na biurku dyrektor Jadwigi Paździor zdjęcia, laurki, maskotki. Codzienne dowody serca.
Maria Tocka
Ania
"W domu rządzi ten..., kto akurat jest w domu", żartuje wójt gminy Czyżew Osada Anna Bogucka, nominowana do tytułu "Kobieta 2007" w Plebiscycie "Kontaktów"

Bez wakacji
Pierwszy raz w życiu nie ma wakacji. Wcześniej miała je zawsze. Najpierw jako uczennica i studentka, później nauczycielka i dyrektor szkoły w Siennicy Lipusach oraz Zespołu Szkół Ogólnokształcących i Zawodowych w Czyżewie.
Lubi ryzyko. A w szkole było już "za ciasno". Dlatego wystartowała w wyborach na wójta gminy i ... wygrała.
W nowej pracy ma tak dużo do zrobienia, że nie chce zastanawiać się, czy tęskni za szkołą. Ale raz z rozpędu pojechała zamiast do Urzędu Gminy, do ... swojej szkoły.
Dom
"W domu rządzi ten,.... kto akurat jest w domu", śmieje się Anna Bogucka, żona i matka czworga dzieci. Mąż poseł często bywa poza domem. W Warszawie opiekuje się studiującymi synami. Starszy jest na trzecim, a młodszy na drugim roku informatyki na Politechnice Warszawskiej. Córki są z mamą. Ewelina, absolwentka gimnazjum , będzie się uczyć w LO w Czyżewie, a Natalka pójdzie do piątej klasy szkoły podstawowej.
- Jest z nami babcia, mama męża, która bardzo nam pomaga. Jestem jej wdzięczna, bo gdyby nie ona, nie mogłabym się tak realizować – wyznaje.
Babcia czeka na wnuczki i synową z obiadem. Anna żartuje, że pozwala się ugościć. Nie tylko teściowej, ale też synowi, który eksperymentuje kulinarne nowości.
Na obcasach
Każdy ma marzenia. Anna Bogucka zdradza, że większość już zrealizowała.
- Mam wspaniałego męża, wspaniałą rodzinę i wiem, że mogę zawsze na nich liczyć. Myślę o szczęśliwej przyszłości dzieci. I chciałabym jak najlepiej wykorzystać swój czas - mówi.
Zawsze na obcasach i nienagannie ubrana, choć nie ma czasu na "buszowanie" po sklepach. Ale ma stałą krawcową. Bywa, że po drodze do pracy wrzuci jej materiał, a przy okazji odbierze nową sukienkę.
- Czasem sobie pozwalam wyjść z torebką nie pod kolor, bo nie lubię przepakowywania, a w kieszonkach zawsze może coś zostać, co akurat może być bardzo potrzebne, choćby... perfumy – żartuje.
Ale "nie pozwala sobie" wyjść bez biżuterii. Srebrną i złotą otrzymuje od męża, który, jak mówi, rozpieszcza ją dość często.
"Nic się nie zmieniło i jest mi bardzo przyjemnie, jeśli odbieracie mnie tak, jak przed laty", mówiła w czasie wyborów sołtysa w swojej rodzinnej wsi Zaręby Góry Leśne i prostowała, jeśli starzy znajomi zamiast "Aniu", mówili do niej "pani wójt".
Maria Tocka
Z domu pod lasem
"Tradycja jest naszą siłą, radością życia i darem Pana Boga", mówi Elżbieta Lemańska ze Zbójnej, nominowana do tytułu Kobieta 2007 w Plebiscycie "Kontaktów"

Pamięć
Ojciec był leśniczym, więc gospodarstwo miała na głowie mama. Także cztery córki. Uczyła je pracy w domu, polu i zagrodzie. Piekły chleb i fafernuchy, gotowały kapustę z kaszą jaglaną, tarły ziemniaki na rejbak. To smaki dzieciństwa z jej rodzinnego domu pod lasem, tuż koło Zbójnej. Papierowe bukiety, wykonane przez mamę do ozdoby "świętego kąta" w mieszkaniu, zatknięte za obrazy brzozowe gałązki, przyniesione z procesji Bożego Ciała to obrazy, które wcześnie zapamiętała.
- Mama była strażnikiem tradycji i wiary. Zawsze nam powtarzała: "Nie ma życia bez Boga, nie ma życia bez tego, co nasze, kurpiowskie! Żebyście nigdy o tym nie zapomniały!" - wspomina Elżbieta Lemańska.
Wilka do lasu
Nauka w "Ekonomiku" w Łomży (z wielką pasją recytowania poezji, za co zdobyła srebrną odznakę w konkursie ogólnopolskim), matura i pytanie, co dalej. Wybrała Wydział Ekonomii Uniwersytetu Marii Curie - Skłodowskiej w Lublinie. Pod koniec studiów wyszła za mąż za Andrzeja ze Zbójnej, chłopaka z sąsiedztwa. Nigdy nie miała wątpliwości, że właśnie tutaj jest jej miejsce, bo zawsze, jak wilka do lasu, ciągnęło ją do kurpiowskiego domu, niepowtarzalnego pejzażu z "laskami i piaskami". Nic nie wyrwie "pnioka" z ziemi, jeśli mocno w nią wrośnięty!
Sołtys do śpiewania
Właśnie dobiegała końca budowa siedziby Gminnego Ośrodka Kultury w Zbójnej. Ogłoszony został konkurs na dyrektora. Komisja była pod wrażeniem jej wizji prowadzenia GOK: po zachłyśnięciu się tym, co miejskie, czas wrócić do tego za czym w duszy tęsknimy, ale wstydzimy się to okazać. Zanika gwara, strój, taniec, pieśni i piosenki, rękodzieło, pamięć o historii i wielkich ludziach kurpiowskiej ziemi. Gdzie się podziała nasza Puszcza Zielona?! Wygrała (dyrektorem jest do dzisiaj).
Zaczęła od stworzenia zespołu śpiewaczego. Jeździła od wsi do wsi, szukając pięknych głosów. Ilu ludziom zaświeciły się na to oczy! Przyznawali się, że z wielką radością "od zawsze" słuchają muzyki ludowej w... radiu.
Pod koniec 1992 roku zebrały się do śpiewania "kobziety" i jeden chłop, Czesław Bieluch, sołtys pobliskiej Bienduszki. Wkrótce powstały także dziecięce zespoły kolędnicze "Herody" i "Z Gwiazdą". W 1996, także pod kierunkiem artystycznym Teresy Pardo, rodowitej Kurpianki z Łomży, utworzył się męski zespół śpiewaczy. "Kobziety" i "chłopy" szybko zdobyli uznanie jury i publiczności prestiżowych konkursów w Kazimierzu nad Wisłą i w Bukowinie Tatrzańskiej. Występowali także w Niemczech, na Litwie i we Francji. Dzisiaj w GOK działają też dziewczęcy zespół śpiewaczy oraz dziecięcy i młodzieżowy zespół folklorystyczny.
Tradycja ludowa to wiara. Elżbieta Lemańska wymyśliła Rozmaitości Wielkanocne, czyli konkurs na rękodzieło dla dzieci i młodzieży, związany z obrzędowością tego święta. Palmy, pisanki, kierce, bukiety, wycinanki znowu ukazały światu piękno i niepowtarzalność kultury kurpiowskiej Puszczy Zielonej. To również zasługa, co zawsze podkreśla, nauczycieli i wójta Zenona Białobrzeskiego, w których znajdowała i znajduje niezawodnych sojuszników wielkiej sprawy.
To w Zbójnej od lat odbywają się również Regionalny Przegląd Kapel, Śpiewaków i Gawędziarzy Ludowych oraz Jesienne Prezentacje Kulturalne.
Jabłko i jabłoń
W roku 2005 reprezentacja Zbójnej wystąpiła w Racławicach na dorocznym Zlocie Bartoszów i Wojciechów. Oczarowali jury i publiczność opowieściami o Kurpiach, strojem, śpiewem i gadkami w gwarze, a Andrzej Lemański pokonał wszystkich rywali w walce o tytuł Chłopa Roku.
- Tradycja jest naszą siłą, radością życia i darem od Pana Boga - mówi Elżbieta Lemańska.
Niedaleka pada jabłko od jabłoni. Córki Beata (licealistka "Kościuszki" w Łomży) i Sylwia (gimnazjalistka) należą do zespołów ludowych. Niedawno najmłodsza z sióstr, sześcioletnia Agnieszka oznajmiła: "Mamo, ja też chcę mieć kurpiowski strój"!
Wybór
Jej życiowa zasada brzmi: nie dzielić włosa na czworo, umieć rozpoznać to, co ważne od tego, co bez znaczenia. A jeśli stoisz na rozdrożu, zdaj się na wolę z Nieba.
Gabriela Szczęsna
Stokrotka jak dom
"Czyn, nie łza" powtarza za Zofią Szlenkierówną, jedną z najwybitniejszych pielęgniarek świata, Maria Misierewicz z Kolna, nominowana do tytułu Kobieta 2007 w Plebiscycie "Kontaktów"

Czepek
Odkąd sięga pamięcią, w rodzinnym domu w Korzenistem zawsze słyszała: "Nauka otwiera świat". Lubiła się uczyć i marzyła o zawodzie nauczycielki matematyki. Została absolwentką... Liceum Medycznego w Łomży. Pierwsza praca: szpital w Kolnie. Była dumna z czepka. Miała świadomość, że to zawód, w którym nieustannie trzeba się kształcić. Wydział Pielęgniarstwa Studium Zawodowego w Łomży, Studium Nauczycielskie Średnich Szkół Medycznych w Warszawie, Wydział Pedagogiki Opiekuńczo-Wychowawczej na ówczesnej białostockiej Filii Uniwersytetu Warszawskiego, studia podyplomowe w Instytucie Studiów nad Rodziną Uniwersytetu im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie wyznaczały kolejne etapy w pielęgniarskim czepku. Nigdy nie żałowała, że zamiast stanąć przy szkolnej tablicy, stanęła przy łóżku chorego.
Wyrosła stokrotka
Jako specjalista do spraw profilaktyki uzależnień w Urzędzie Miasta w Kolnie, dotknęła życia z innej perspektywy: cierpienia dorosłych i dzieci, ofiar przemocy w rodzinie, patologii w każdym "wymiarze".
- Ta praca szczególnie uświadomiła mi, jak niewiele brakuje do rozpadu rodziny. Ludzie, którzy jeszcze nie tak dawno nie mogli bez siebie żyć, niespodziewanie stają się sobie obcy - wspomina Maria Misierewicz. - Najgorsze jest to, że "rachunki" rodziców zawsze muszą płacić dzieci.
Z tzw. potrzeby chwili "wyrosła" w Kolnie Świetlica Środowiskowa "Stokrotka", którą prowadzi. Nazwa, przyjęta od wdzięcznego drobnego kwiatka, zawsze przywołuje uśmiech. To najkrótsza charakterystyka misji "Stokrotki".
Świetlica służy kilkudziesięciorgu dzieciom i młodzieży, które doświadczają w swojej rodzinie skutków alkoholizmu, biedy, bezradności, braku odpowiedzialności. Tutaj nikt ich nie poniża. Wyciszone, mogą zajmować się tym, co sprawia im radość. Zwykle przychodzą do "Stokrotki" prosto ze szkoły. Większości nic nie ciągnie do domu... Maria Misierewicz, która jest wiceprzewodniczącą Kolneńskiego Stowarzyszenia "Rodzina", zna ich życie od przysłowiowej podszewki. Dlatego zawsze denerwuje się, gdy słyszy komentarz w rodzaju: "Im to dobrze, wszystko mają za darmo". Wtedy pyta: "Chciałbyś żyć w takiej rodzinie?". Z reguły odpowiedzią jest milczenie.
"Stokrotka" pomaga także dorosłym, głównie nie radzącym sobie z alkoholizmem i ich bliskim. Tu odbywają się spotkania AA, doradzają psycholog, pedagog, policjant, prawnik.
Bez skargi
"Stokrotkowe" dzieci i młodzież bez słów przytulają się do opiekunów. Potrzebują miłości, akceptacji, zaufania. Gdy Maria Misierewicz mówi komuś, że "ma 60 dzieci", najpierw jest szok, a potem pytanie: "Nie masz ich dość?". Nie ma, bo mają ich dość prawdziwi rodzice.
Czyn pionierki
- Nauczyć zdolnego i pomóc bogatemu to żadna sztuka. Sztuką jest pomóc zagubionym i spychanym na margines życia, żeby mogli się podnieść i pójść właściwą drogą - uważa Maria Misierewicz.
Hasło numer jeden w "Stokrotce" brzmi: nie wolno się poddawać. To również jej życiowe motto. Za Zofią Szlenkierówną, jedną z najwybitniejszych pielęgniarek świata, pionierką świeckiego pielęgniarstwa w Polsce, w trudnych chwilach powtarza: "Czyn, nie łza".
Gabriela Szczęsna