Bez przywilejów
Starosta zambrowski Stanisław Rykaczewski (41 lat) zdobył w Plebiscycie „Kontaktów” tytuł Samorządowca Roku 2007 Powiatu Zambrowskiego
Starosta Stanisław Rykaczewski
Absolwent Technikum Budowlanego w Łomży i Wydziału Budownictwa Politechniki Białostockiej. Budował w Zambrowie i Łomży (m.in. szpital). Gdy został starostą, buduje trochę inaczej. Cieszy go pierwsze w regionie boisko z nowoczesną nawierzchnią, budowa hali sportowej przy Zespole Szkół Ogólnokształcących w Zambrowie, na którą liceum czekało 60 lat, modernizacje ulic i dróg. Wyznaje zasadę, że dobry gospodarz nie wyzbywa się majątku. Przez rok nic nie sprzedał, choć właśnie stanął przed dylematem, co zrobić z budynkiem ośrodka zdrowia w Mroczkach. Od początku jest wykorzystywana tylko część. Starosta chciałby, aby szpital zambrowski osiągnął taki poziom, żeby mieszkańcy powiatu i miasta chcieli się w nim leczyć.
W szpitalu w Zambrowie urodziły się jego trzy córki: Beata (III klasa gimnazjum), Emilka (I klasa gimnazjum) i Kasia (IV szkoły podstawowej). Wszystkie, po swojej mamie (żona starosty jest nauczycielką), są uzdolnione muzycznie. Beta skończyła klasę fortepianu w Państwowej Szkle Muzycznej I stopnia w Zambrowie, a Emilka i Kasia jeszcze uczą się w tej szkole. W domu wszystkie „dziewczyny” (także żona) zasiadają do pianina. Żywą maskotką wszystkich jest królica, choć przy zakupie miał być... królik!
W domu Stanisław Rykaczewskiego, nawet dla męskiego rodzynka nie ma przywilejów. Jest podział obowiązków. Do niego należy sprzątanie łazienki. Od zawsze sam pierze i prasuje sobie koszule, do których krawaty dobiera żona. Co roku ubiera z córkami choinkę. Nie próbuje gotować. Uwielbia słodycze, jest absolutnym abstynentem (nawet nie zna smaku alkoholu), nie pali papierosów. Jeździ Skodą Fabią, interesuje się fotografią. Zdjęcia z rodzinnych uroczystości i wyjazdów cieszą wszystkich.
Ponadto w wydaniu papierowym: 2007 plus i minus prezesa BS w Szumowie, Ulica generała, Powiet w szpitalu, Urodzinowy prezent, Budżet na rozwój
Nie ma wybaczenia?
Dzieci budziły go z pijackiego letargu i dawały kanapki, które do szkoły zapakowała im mama!
Wiesław Krukowski w piwnicy
„Straszliwie skrzywdziłem rodzinę i nie ma dla mnie wybaczenia. Pierwszy alkohol dawała mi mama. Miałem może 3 albo 4 lata. Łyżeczką, jak lekarstwo. Żebym był spokojny. A potem... więcej lat piłem niż nie”, mówi Wiesław Krukowski (52 lata) z Zambrowa.
Pochodzi z Chełmży. Tam poznał zambrowiankę, która przyjeżdżała do swojej cioci. Skończył szkołę budowlaną. Był malarzem. Najpierw pracował w cukrowni, potem malował w Toruniu szkołę wychowania przedszkolnego. Tam uczyła się dziewczyna, która przyjeżdżała do cioci w Chełmży. „Przeznaczenie, czy co”, pomyślał. Ożenił się i dla niej sprowadził do Zambrowa.
Pracował wszędzie. I pił. Tracił pracę, znalazł jakieś zajęcie i znów tracił. Tracił rodzinę, w której było coraz gorzej. Żona była z córką w ciąży, a dwaj synowie mali, kiedy się rozwiedli. Został wyeksmitowany z domu do pokoszarowego mieszkania socjalnego. Nie było już ograniczeń. Czasami budziły się krótkie wyrzuty sumienia, kiedy synowie i córka przed szkołą przybiegały do niego, budziły go z pijackiego letargu i dawały kanapki, które do szkoły zapakowała im mama! Nie chciał brać, ale one przekonywały, że „dostaną w szkole obiad, a tatuś jest głodny”. Wyrzuty szybko zapijał. I znów pił, kradł i pił. Koledzy mówili mu „panie złodzieju”. A „pan” stracił mieszkanie w „K 8”, spał na ulicy i pod mostem. Chodził zawszawiony, brudny, śmierdzący.
„Człowiekiem byłem, czy nie? Przez rok piłem dzień w dzień. Gorzej było ze mną, niż z dzisiejszymi lokatorami noclegowni. Moich kumpli od kieliszka poszło do piachu więcej, niż mam włosów na głowie. I mówię im, żeby nie pili... bo skończą na wałach. Ale to nic nie daje, tak jak nic nie dawały mi mitingi AA i kilkumiesięczne leczenie”.
Wiesław Krukowski nie pije pełne cztery lata. Żałuje straconego czasu. Mieszka w piwnicznej norze, wynajmowanej za 100 zł. Choć ciasno i ponuro, jest czysto.
„Były pająki i szczury. Sam obieliłem i urządziłem, bo wszystko potrafię zrobić”, mówi. Odczyścił i wniósł starą kanapę, wyrzuconą na śmietnik. Ma na czym spać. Naprawił radio, znalezione na śmietniku. Telewizor dostał od syna.
Marzy o najmniejszym pokoju socjalnym, w którym mógłby być zameldowany. W piwnicy dwa lata mieszka bez meldunku.
Dzieci Krukowskiego są dorosłe. Córka i jeden z synów mają swoje rodziny. Wiesław jest dziadkiem.
„Wybaczyły mi straszne grzechy, choć uważam, że nie ma dla mnie wybaczenia. Cieszę się, że się mnie nie wstydzą. Kiedy do nich zajdę, poczęstują herbatą, zupą. Żałuję, ale już nic nie mogę dla nich zrobić”, mówi.
Żyje z zasiłku socjalnego. Ostatnio przeszedł zawał. Po tygodniu wyszedł ze szpitala z receptą. Nie starczyło na wykupienie leków. Pocieszeniem w samotności jest Julka, suczka porzucona pod sklepem w Zambrowie. Przygarnął ją do swojej piwnicy. (m)
Ponadto w wydaniu papierowym: Bez strachu przed tabliczką, Kolorowy obraz, Pusto w bursie, Wigilia w wigilie, Pod okiem plastyka