Stanisława Miszczuk "dłubie" szydełkiem chodnik
„Zawsze z opłatkiem chodziłam do Stanisława Pruszyńskiego. Samotny był. Cieszył się, potrafił gotować, czymś poczęstował. Albo do mnie na poczęstunek przyszedł. Nigdy nie powiedział, że do łyżki zupy nie opłaca się buzi otwierać. Zawsze podziękował, drewek pomógł urąbać. Dobry był człowiek. I w tym roku akurat szedł do mnie z wiaderkiem po jajka. Poślizgnął się, przewrócił i przy własnej furtce stracił życie. Więc chyba już nigdzie nie pójdę...”, zastanawia się Stanisława Miszczuk (75 lat).
Mieszka sama w drewnianym domu w Wyszonkach Błoniach (gm. Klukowo). Jest wdową 26 lat. Ma troje dzieci. Syn aż w Katowicach, córka pod Wołominem, a druga w Szepietowie Janówce.
„W swoich kątach mogę robić co zechcę. Mogę brud na środku izby szmatą zakryć, jak mi dziś nie starczy sił na sprzątanie i posprzątać jutro. Tu jestem panią. Nie myślę, żeby gdzieś chodzić”, mówi.v
Przyzwyczaiła się do samotności. Kury zamknie w kurniku przed czwartą i kładzie się spać. A że noc długa, myśli o każdym z dzieci osobno. O tym, co było i o tym, co jeszcze może być. Czasami tęsknota nadejdzie i przypomina się pełna dziecięcego gwaru chałupa i podwórze. Wszystko minęło. Dziś boi się, żeby tylko nikomu z rodziny ani jej nie przytrafiła się jakaś choroba. A w dzień, jak mówi, sama sobie roboty szuka. To za druty chwyci i robi skarpety i rękawiczki dla wnuków. To za szydełko i dłubie ze starych szmat chodnik na podłogę, żeby było cieplej. I przy tym dłubaniu znów myśli o wszystkich.
Ponadto w wydaniu papierowym: Z melodią, Daymond z rynku, Wymarzony z białym paskiem, Konferencja z lnianka, Kolejka do domu, Gwiazdka w Czyżewie, Winna z tradycją