Magazyn Powiatowy Nasze imprezy Nasze konkursy Nasz patronat Obwieszczenia Praca Przetargi
 
Redakcja Prenumerata Biuro ogłoszeń Cennik ogłoszeń Napisz do nas Promocja Miss Lata 2010 Miss & Mister Partnerzy
 
5 wrze�nia 2010r, imieniny: Doroty, Justyna, Wawrzyńca
 
02.09.2010r.
Koniec na sznurze

Okna mieszkania Stanisława wychodziły na jedna z najstarszych ulic w Kolnie, brukowaną Łazienną
Stanisław (lat 53) we wtorek powiesił się we własnej komórce w podwórzu. Wisiał jakby w otwartych drzwiach. Rano ze swojego okna zobaczył sąsiad. Na ratunek było za późno.
Stanisław mieszkał sam w komunalnym domu przy ulicy Łaziennej w Kolnie. Był rozwiedziony. Dorosły syn mieszka poza Kolnem. Dorosła córka, mieszkająca w Kolnie, odwiedzała go czasami. "Nikt się nim specjalnie nie interesował. Każdy żyje swoim życiem. Córka rzadko wchodziła do jego mieszkania. Rozmawiali chwilę na podwórzu i to wszystko", mówią sąsiedzi z ulicy.
Nigdzie nie pracował, żył z zasiłku. Wcześniej zachodzili do niego jacyś znajomi. Wspólnie "znieczulali" smutki alkoholem. Ostatnio już nikt nie zachodził i Stanisław nie pił. Pożyczał od sąsiadów na jedzenie, papierosy. Pożyczał "na wieczne oddnie", bo nie miał z czego oddać.
Bez celu, bez nadziei, bez odwagi na zmianę, bez czekania na następny dzień... zacisnął sznur.
 
19.08.2010r.
Inne wakacje

Uczestników "Pożytecznych wakacji" odwiedził wójt gminy Tadeusz Klama (w ostatnim rzędzie w ciemnych okularach)
"Dużo dzieci nigdzie nie wyjeżdża. Myślałyśmy o tym, aby się nie nudziły i miały jakąś satysfakcję", mówi Bożena Borys z Koła Gospodyń Wiejskich w Zabielu.
"Chciałyśmy, aby było dobrze i pożytecznie. We wsi jest kilka samotnych starszych kobiet, których cieszy każda rozmowa. Krzyże we wsi też wymagały konserwatorskiego pędzla", dodaje Danuta Góralczyk.
O swoich planach oznajmiły wójtowi gminy Kolno Tadeuszowi Klamie, a on podpowiedział, aby je spisały. Wniosek na zorganizowanie pożytecznych wakacji podobał się nie tylko w gminie. KGW otrzymało pieniądze z Fundacji Wspomagania Wsi.
"Z niepokojem czekałyśmy, czy dzieci przyjdą. A zamiast 15 przyszło ... 30! Jednego dnia nawet 38!", opowiadają panie z KGW. nawet dzieci z Gdańska i Zambrowa, które do Zabiela przyjechały na wakacje. Każdego dnia do Centrum Kulturalno-Rozrywkowego przychodziły inne mamy, aby zająć się dziećmi i przygotowywać im posiłki (dwa dziennie). Pod opieką Katarzyny Brzostek (absolwentka AWF, stażystka Biblioteki Gminnej) odwiedzały samotne sąsiadki: Jadwigę Przytułę, Helenę Sekścińską, Janinę Kołodziejczyk i Teresę Samul. Słuchały ich wspomnień i starych piosenek. Inni odnawiali wiejskie krzyże, malowali ogrodzenia i porządkowali wokół nich teren.
"Będę strażakiem, jak mój dziadek i mój tata", powiedział zza malowanego krzyża Paweł Sekściński (uczeń klasy III gimnazjum). Odnawiał krzyż w Zabielu, który po wojnie ukradkiem w nocy postawił jego dziadek strażak Wacław Sekściński z sąsiadem Arkadiuszem Przytułą.
"Krzyż wystawili strażacy i dbali o niego. Dziś odnawiają go ich wnukowie. Jak bardzo się cieszę i modlę się za nich", mówiła ze wzruszeniem wdowa po Aleksandrze, Jadwiga Przytuła.
 
05.08.2010r.
Płacz kamienia

Barbara z dziećmi
W lipcową sobotę, kilka minut po godzinie piątej rano, Grzegorz Konopka, jak zwykle pochylał się nad czworgiem śpiących dzieci. Jak zwykle pocałował w główkę córki: Urszulkę (10 lat), Emilkę (9 lat) i Natalkę (3 lata) oraz synka Kornelka (rok i 8 miesięcy). Jak zwykle na pożegnanie pocałował żonę Barbarę, która spodziewa się dziecka. I wychodził do pracy. Jeszcze Barbara zawołała za nim "Grzesiek, weź kanapki". W odpowiedzi usłyszała "Dobrze". Potem z podwórza dobiegł warkot zapalonego forda.
Jak zwykle Grzegorz pojechał do pracy do Przedsiębiorstwa Budownictwa Komunalnego w Łomży. Pracował przy budowie dróg.
Przed godziną piętnastą Barbara kilka razy zadzwoniła do męża na komórkę.
"Coś mnie niepokoiło. Był sygnał, a komórki mąż nie odbierał. Zlękłam się i pomyślałam, czy coś się nie stało. Wykręciłam numer do zakładu, ale nikt nie odbierał", opowiada Barbara.
O piętnastej jej wujek jechał samochodem do Łomży. Zaniepokojona zabrała się z nim. Na trasie w rejonie Kobylina droga była zamknięta z powodu wypadku! Barbara pomyślała o mężu. Objazdem jechała do Łomży.
Na stacji CPN przed Łomżą, zobaczyła na lawecie rozbity samochód Grzegorza!
"Pojechałam do szpitala. W szpitalu nie było męża. Dowiedziałam się, że przy wypadku był jeden zgon.... Bardzo nam go brakuje...", mówi Barbara.
Grzegorz Konopka (lat 34) wracał z pracy. Mieszkał z rodzicami i swoją rodziną w Konopkach Monetach (gm. Grabowo). Miał swoje ziemi trzy hektary, ale pomagał także w gospodarstwie rodzicom. Według ustaleń policji przy wyprzedzaniu czołowo zderzył się z jadącym z przeciwka tirem. Zginął na miejscu. Kierującemu tirem, który zatrzymał się w przydrożnym rowie, nic się nie stało.
"Wszystko potrafił zrobić, był dobry i uczynny. Mieliśmy mu w tym roku przepisać gospodarstwo... Trudno się z tym pogodzić. Wyglądam jego samochodu, jakby miał przyjechać...", opowiada mama Grzegorza.
"Pa, pa, Tatusiu..." powiedział mały Kornel, gdy w czasie pogrzebu trumna zatrzymała się przy wioskowym krzyżu.
"Chyba w tym momencie kamień się obrócił i zapłakał", szeptali przy krzyżu uczestnicy pogrzebu i obcierali łzy. I płakali, gdy ksiądz zwrócił się do Barbary ze słowami pocieszenia. "Pomożemy Ci wszyscy. Moja mama też urodziła się po śmierci swego ojca..."
"Kochał nas bardzo, bardzo nam go brakuje. Śni mi się...", mówi Barbara.
 
02.06.2010r.
W 1910 roku Jakub Szymańczyk z Janowa koła Kolna wyjechał do Argentyny. 100 lat później do Janowa przyjechał jego syn Oskar
Korzenie

"Wizyta" : Oskar Szymańczyk (trzeci z prawej) w gabinecie wójta gminy Kolno Tadeusza Klamy (czwarty z prawej)
Gdy Jakub Szymańczyk w 1910 roku wyjechał z Janowa do Argentyny, miał 17 lat. W Janowie został brat Antoni.
W maju z Buenos Aires przyjechał do Polski syn Jakuba Oskar (lat 76) szukać ojca korzeni.
Poszukiwania trwały od ubiegłego roku. Oskar Szymańczyk zadzwonił do Szkoły Podstawowej w Janowie i pytał o rodzinę Szymańczyków. W okolicy Kolna jest to popularne i częste nazwisko. W Janowie mieszkają cztery rodziny, ale żadna z nich nie ma krewnych w Argentynie. Dyrektor szkoły Bożena Duda poprosiła o podanie bliższych informacji. W odpowiedzi Oskar Szymańczyk przysłał list wysłany z Polski w 1956 roku przez Szczepana Szymańczyka (syna Antoniego) do jego ojca i zdjęcie. Fotografia z 1956 roku przedstawiała dwie dziewczynki (lat 10 i 8) z warkoczykami. Te informacje sprawiły, że woźna Aleksandra Gajda, która jest z Janowa i zna mieszkańców, od razu przypomniała sobie niedosłyszącego Szczepana Szymańczyka, który nie żyje od 32 lat.
"Zadzwoniła do mnie dyrektor szkoły, powiedziała o liście, pytała o ojca i czy mamy krewnych w Argentynie. Wszystko się zgadzało. List napisał mój ojciec. Chciał uregulować sprawy własności w gospodarstwie, a jego wuj Jakub dziedziczył jakąś część. W liście ojciec pisał, że w wojnę miał uszkodzony słuch i jest trochę głuchy. Wysłał wujowi zdjęcie swoich córek, czyli moje i dwa lata młodszej ode mnie siostry Zosi", opowiada Marianna Zdunek z domu Szymańczyk z Janowa.
Jakub Szymańczyk pisał do krewnych w Polsce przez pół wieku. W latach sześćdziesiątych korespondencja była coraz rzadsza, przychodziły kartki na święta. Potem się urwała. "Czasami babcia Teofila, żona Antoniego, głośno zastanawiała się, czy Jakub jeszcze żyje w Argentynie. Gdy zmarła, urwały się wspomnienia", dodaje Marianna Zdunek.
I w maju do Zdunków w Janowie przyjechał Oskar Szymańczyk. Był pierwszy raz w ojczyźnie swego ojca. Nie mówi po polsku. Dociekał, w którym miejscu stał dom rodzinny jego ojca.
"Opowiadaliśmy, jak kiedyś wyglądało siedlisko. Interesował się inwentarzem, robił zdjęcia krowom, cielakom, kurom. Nie ukrywał zdziwienia i mówił, że zwierzęta w naturalnym środowisku widzi pierwszy raz w życiu. W Kolnie odwiedził mojego brata", opowiada Marianna.
Oskar Szymańczyk odwiedził także Szkołę Podstawową w Janowie, która pomogła w poszukiwaniach, spotkał się z wójtem gminy Tadeuszem Klamą i burmistrzem miasta Andrzejem Dudą.
(M.T.)
 
13.05.2010r.
Hufiec artystów

Aktorzy spektaklu ?Życie jest cudem? z ŚHP w Łomży (fot. Aneta Zielińska)
Teatr, kabaret, teatr cieni, piosenka i taniec w wykonaniu młodzieży z Ochotniczych Hufców Pracy Podlaskiego królowały na deskach Kolneńskiego Ośrodka Kultury i Sportu. Popisy sceniczne uzupełniała wystawa twórczości plastycznej. Prezentacje artystyczne odbywały się w ramach Wojewódzkiego Przeglądu Amatorskiej Twórczości Artystycznej Młodzieży OHP pod patronatem wojewody podlaskiego Macieja Żywno i burmistrza Kolna Andrzeja Dudy.
W kategorii teatralnej zwyciężyli aktorzy ŚHP w Łomży za przedstawienie "Życie cudem jest" oraz ŚHP z Grajewa (kabaret "Niedziela", II miejsce) i Suwałk (przedstawienie "Ławeczka", III miejsce). W tańcu wygrała młodzież z Suwałk, a drugie i trzecie miejsca z Grajewa. Mariusz Zbikowski z Grajewa, który zaśpiewał utwór Marka Grechuty "Będziesz moją panią" zwyciężył w kategorii wokalnej, a kolejne miejsca "wyśpiewali" Magdalena Sobolewska z Białegostoku piosenką zespołu "Łzy" pt. "Agnieszka" oraz Angelina Żegarska i Piotr Budziński z Suwałk piosenką w języku romskim pt. "Kaime Kamaf". I miejsce za pracę plasyczną pt. "Kobieta" zdobyła Natalia Wolanin z Wasilkowa, II za obraz "Bzy"Julita Miros z Łomży, III za rękodzieło "Dywanik" bracia Krystian i Artur Bąkowscy z Wasilkowa. Wyróżnione zostały prace: Ewy Jusza (Wasilków), Małgorzaty Polkowskiej (Łomża) i Eryka Siłkowskiego ( Augustów).
 
29.04.2010r.
Na huśtawce
"Boże, odebrałeś mi trzech mężów i syna, a mnie oszczędziłeś. Życie było ciężkie, może na koniec mam przeżyć coś radosnego?", zastanawia się Czesława Ciecierska z Turośli.
Z pierwszym mężem żyła 9 lat. Pracowali na kurpiowskich piaskach. Troje dzieci. Ciężko i jeszcze mąż zachorował. "W gospodarstwie nie było czasu na chorobę. Miał zapalenie płuc, potem osłabiło się serce. Zostałam wdową", wspomina. Dwoje starszych dzieci już chodziło do szkoły, najmłodszy syn nie miał trzech lat. Została z teściową. "Drugi raz za mąż wyszłam nie z miłości tylko ze złości, żeby uwolnić się od teściowej", opowiada. Kręcił się przy niej pięć lat młodszy Stach. Był kawalerem, obiecywał pomóc przy dzieciach. Wzięli ślub i Czesława urodziła znowu troje dzieci. Stach był murarzem. Miał brata w Ameryce. Brat zapewniał, że w Ameryce będzie dla Stacha robota i im wszystkim będzie łatwiej. Zapraszał całą rodzinę. Pierwszy miał lecieć Stach, a za nim Czesia z dziećmi. Stach nie dostał wizy. Wtedy zdecydowali, że pojedzie Czesia, zarobi na dom i wróci. Dostała wizę. "Stach, chyba z zazdrości tak się zmienił przed moim wyjazdem, że nie szło z nim żyć. Gdy wyjeżdżałam pomyślałam, że umrę w Ameryce pod płotem, ale do niego nie wrócę". Pracowała w kuchni. Wysyłała mężowi dolary na dom. "Wysłałam 46 tys. dolarów. Stach pustaków pojedynczo na podwórzu poustawiał, że niby dużo materiału kupił i takie zdjęcie przysłał. Później najstarsza córka mi napisała, że ojciec tylko pije, a jak wrócę, to albo znajdę się w domu wariatów, albo w czterech deskach. Stach przepijał moją pracę", wspomina. Przestała wysyłać mu pieniądze. Stach pił i ... zginął pijany w wypadku. Przysłała na pogrzeb pieniądze, ale nie wróciła. Za kilka miesięcy wyszła za mąż za Bronka. To brat pierwszego męża, który był w Ameryce i miał amerykańskie obywatelstwo. Pracowali razem i zbierali pieniądze na powrót do Polski. Wrócili w 1997 roku. Kupili dom z działką w Turośli. Część działki dali najstarszemu synowi. Pomogli mu się pobudować. "Pomogłam i wzbogaciłam wszystkie dzieci. Dwóch synów jest w Ameryce, dwie córki i syn w Turośli", opowiada.
Czesława z Bronkiem cieszyli się własnym domem trzy lata. Została trzeci raz wdową. Cztery lata temu zmarł syn. W pięknym domu mieszka sama. "Samotność jest wielką boleścią...", zamyśla się na huśtawce Czesława. Zainteresował się nią wdowiec Józef. Zaczął odwiedzać. "Było z kim porozmawiać, podzielić się myślą. Dzieci interesują się starą matką od święta. Ale z zazdrości zrobiły Józefowi awanturę. Wtrącają się w naszą znajomość. Chcą mi odebrać coś, czego sami nie potrafią dać...".
 
22.04.2010r.
Dlaczego zginął policjant?
Prokuratura Rejonowa w Kolnie wszczęła postępowanie, mające wyjaśnić okoliczności śmierci tragicznie zmarłego funkcjonariusza Komendy Powiatowej Policji w Kolnie. Jak informowaliśmy, oficer sekcji kryminalnej (lat 35) zmarł w wyniku rany postrzałowej w głowę, najprawdopodobniej zastrzelił się z broni służbowej we wtorek (13 kwietnia) przed południem w swoim pokoju biurowym w gmachu Komendy.
"Postępowanie prowadzone jest w kierunku nieumyślnego spowodowania śmierci. Nie znamy motywów czynu, sprawdzamy różne hipotezy", poinformował prokurator rejonowy Dariusz Dziemianko.
 
04.03.2010r.
Czas postu

Zmartwychwstanie w Koźle
"Myślę, że kiedyś ludzie byli bardziej rozmodleni, niż dziś. W każdym domu, w rogu pokoju był jakby domowy ołtarz. Stał nakryty serwetą stół, na nim krzyż, obraz Matki Boskiej i dwa bukiety kwiatów z bibuły, wstawione w butelkę albo jakiś wazon. W czasie wielkiego postu ludzie ze wsi przychodzili i odmawialiśmy Drogę Krzyżową. Zawsze chodziliśmy po domach na wspólne modlitwy. I pamiętam, jak do naszego domu przychodzili ludzie się modlić. Teraz mamy kościół. Jak przychodzi sąsiadka, pijemy kawę i rozmawiamy", opowiada Czesława Zajk (85 lat) z Kozła (gm. Kolno).
Pamięta, jak na roraty, na godzinę szóstą rano, chodziła pieszo 8 kilometrów do Kolna. Dziś kościół na miejscu. Na budynku gospodarczym obok kościoła w Koźle obraz Jezusa Zmartwychwstałego cały rok przypomina mieszkańcom o Wielkanocy.
Do rodzinnej tradycji należy sposób malowania wielkanocnych pisanek. Czesława maczała igłę w roztopionym wosku i rysowała nią na jajkach kwiaty, liście i inne wzory. Potem gotowała w cebulaku (łupinach cebuli). Skorupki zabarwiały się na brązowy lub złocisty kolor, na którym wyraźnie wybijał natysowany wzór.
 
18.02.2010r.
Powrót do tematu
"Napad"

Sołtys Ryszard Bagiński przed salą rozpraw w Sądzie Rejonowym w Kolnie
Przed Sądem Rejonowym w Kolnie rozpoczęła się sprawa o wybicie pięciu szyb w nocy z 27 na 28 grudnia 2009 r. w domu sołtysa wsi Jurzec Szlachecki Ryszarda Bagińskiego (lat 63). Pobity został także sołtys (pisaliśmy o tym "Kontakty" nr 2/2010). Sprawa o pobicie jeszcze się nie zaczęła.
Na ławie oskarżonych zasiadł młody sąsiad sołtysa, uczeń łomżyńskiego liceum. Chłopak nie przyznał się, twierdził, że o szybach dowiedział się następnego dnia z plotek od ludzi we wsi. Wyjaśniał, że tamtej nocy był na imprezie u kolegi. Nie pamięta, ile wypił alkoholu. W trakcie wychodził z bratem, bo razem poszli do swojej stodoły po wódkę. "Nie było wódki, wracaliśmy i wtedy widziałem, jak w naszym kierunku biegł Bagiński z kijem. Uciekaliśmy, przewróciłem się i dlatego leciała mi krew z ręki", mówił. Bracia wrócili na imprezę, ale za chwilę znów ją opuścili. "Wyszliśmy i zobaczyliśmy, że przy murku stał sołtys. Zamachnął się i kijem uderzył brata. Zaczęła się szarpanina, przewróciliśmy się. Potem on odchodził, podbiegał do nas i się wygrażał. My szliśmy do domu i wszystko przesunęło się pod jego posesję. Widziałem, jak sołtys wziął spod domu długi kij, wymachiwał nim i wybijał szyby. Nie wiem, ile szyb w taki sposób wybił", mówił w sądzie oskarżony Przemysław T., choć wcześniej twierdził, że o wybitych szybach dowiedział się następnego dnia z plotek.
"Na sto procent jestem pewien, że szyby pobił mi Przemek. Jak podszedłem do okna, on jeszcze chciał mnie uderzyć przez wybitą szybę pięścią. Nie wiem, czym były wybite szyby, ale sąsiadka, u której była gościna opowiadała, że dawała mu ścierki, żeby wytarł krew. Na sto procent jestem pewien, że to Przemek", zapewniał w sądzie sołtys Bagiński.
Sąsiadka potwierdziła w sądzie, że obaj bracia mieli zakrwawione palce i podawała im ręczniki. "Akurat wstałam podłożyć do pieca, zaszłam do nich. Braci od sąsiadów nie było, ale w tym momencie weszli. Obaj mieli zakrwawione dłonie. Chcieli od razu wyjść. Wtedy urwałam ręcznik papierowy i podałam Przemkowi. Wyszli, a ja powiedziałam do ich siostry i kolegi Piotrka, żeby zobaczyli co się dzieje. Syn poszedł na górę. Sprawdziłam, czy na pewno poszedł spać i zamknęłam drzwi. Gdy Piotrek wrócił po kurtkę powiedział, że bracia pobili Bagińskiego", zeznawała w sądzie sąsiadka, u której odbywała się impreza.
"Obchodzę się prawdą, mówię prawdę. Nic nie oszukuję", mówił po wyjściu z sali rozpraw sołtys Ryszard Bagiński. Kolejna rozprawa 23 lutego.
 
21.01.2010r.
Połykacze słowa

Najlepszy czytelnik pięcioletni Jaś Ferenc
Pięcioletni Jaś Ferenc z Czerwonego, który w ubiegłym roku przeczytał 217 książek, wygrał (w kategorii do lat 9) konkurs czytelniczy "Najlepszy czytelnik", ogłoszony przez Gminną Bibliotekę Publiczną w Czerwonem.
"Jasia przyprowadzali do biblioteki rodzice, głównie mama, jak nie miał chyba jeszcze nawet trzech lat. Już sięgał po książkę i oglądał obrazki. Teraz chodzi do przedszkola, zna literki, i czyta. Wpojony w dzieciństwie nawyk miłości do książki, zostaje na zawsze", mówi bibliotekarka Iza Murawska.
Koledzy Jasia też często sięgają po kolorowe bajki. Mikołaj Murawski przeczytał 117 książek, a Michał Bazydło 107 książek
Wśród starszych (10 -12 lat) pierwsze miejsce zajeła Julita Pieloch, która przeczytała 156 książek, drugie miejsce Magda Kossakowska (82 książki), a trzecie Oliwia Zagarzewska ( 62 książki). Wśród młodzieży najwięcej czytały Patrycja Piekarska (52 książki), Ania Ruchała (45 książek), Justyna Kubrak, Domonika Kalinowska (40 książek) i Dorota Ruchała (po 40 książek). Wśród dorosłych zwyciężyła Magda Banach (136 książek) przed Katarzyną Janką (128 książek) i Anetą Zyskowska (97 książek). Wszyscy laureaci konkursu, którego hasłem było "Czytać to bardziej żyć, to żyć intensywniej", otrzymali dyplomy.
Laureaci jeszcze cieszą się wygraną, a Biblioteka Gminna w Czerwonem już przygotowuje dla dzieci i młodzieży na ferie wiele atrakcji. Jak poinformowała Iza Murawska, w pierwszy tydzień ferii będą każdego dnia (godz. 11.00 - 14.00) konkursy plastyczne i fotograficzne, zabawy zimowe, opowieści o zimie. Bohaterem drugiego tygodnia będzie kot: "kocie" opowieści, zagadki, poznawanie kocich nawyków, będzie można przyprowadzić swojego kotka do biblioteki, a na koniec ferii "Koci bal".
 
2007 plus i minus

Dyrektor Szkoły Podstawowej w Kątach Marianna Gugnacka
Marianna Gugnacka, dyrektor Szkoły Podstawowej w Kątach (gm. Mały Płock): - Gdyby nie śmierć mojego teścia, mogłabym powiedzieć, że dla mnie rok 2007 był bardzo udany - mówi - Syn Paweł został studentem, dobrze sobie radzi i ułożyło mi się także pod względem zawodowym. Przybyło nam pięcioro nauczycieli, którzy wcześniej zupełnie się nie znali. Szybko zostali zaakceptowani przez współpracowników, uczniów oraz ich rodziców i sami w nowej pracy szybko „się odnaleźli”. Cieszy mnie również pracownia multimedialna i zakup nowoczesnej kserokopiarki. Z okazji Dnia Edukacji Narodowej otrzymałam Brązowy Krzyż Zasługi. Traktuję go jako „wynik ” bardzo dobrej współpracy z władzami gminy Mały Płock, nauczycielami, rodzicami uczniów i całym środowiskiem.
 
Piekno z pomyslu
Do czego można wykorzystać plastikową tuleję, na którą nawinięta jest folia do „belowania” siana? Do zrobienia... wazonów na papierowe bukiety! Wazony powstają w Gimnazjum im. Papieża Jana Pawła II w Małym Płocku, pod kierunkiem bibliotekarki Wioletty Kosiewicz, która wymyśliła praktyczne zastosowanie pozostałości po folii. Niepotrzebne w gospodarstwie tuleje po folii można...podarować gimnazjalistom z Małego Płocka.
Pobadto w wydaniu papierowym: Życiowe ogrody, Lalka z parasolem, Pożegnanie kiniarza, Na pomoc niepelnosprawnym, Dzierzbiacy
 
Wyspa z „kozą”

Małgorzata i Eugeniusz Ptakowie w dwiema najmłodszymi córkami
Po 15 latach mieszkania w budynku gospodarskim Małgorzata i Eugeniusz Ptakowie z Krukówki (gm. Mały Płock) przenieśli się do domu, który tyle samo budowali. Ale wciąż nie jest skończony! Zadzwonili do „Kontaktów”, żeby pochwalić się mimo wszystko (kiedyś już się spotkaliśmy i po naszym tekście otrzymali paczkę aż ze Śląska) coś im się udało.
Do niewykończonego domu przeprowadzili się z konieczności, bo dłużej nie dało się żyć w ciasnocie i wilgoci. Od wilgoci „stanęła” lodówka, meble straciły nogi, ze ścian pospadały obrazy, zgniła podłoga. W domu, budowanym wyrzeczeniami, nie ma tynków i ogrzewania, wszystkich drzwi, bieżącej wody („spuścili” ją, żeby w razie mrozu nie rozsadziła instalacji). Trzeba spłacić ratę za dach.
Tak, jak poprzednio, mieszkają w siedmioro w jednym pomieszczeniu (dzieci w wieku 5, 6, 11, 13 i 14 lat), które ogrzewają „kozą”. Brakuje mebli, odzieży i wielu innych niezbędnych rzeczy.
Pod koniec października córka Kasia (lat 11) wysiadła na krajowej ruchliwej drodze ze szkolnego autobusu. „Przepuściła” dwa samochody, trzeciego nie zauważyła... Rozpędzony zahaczył o jej plecak. Rozcięta głowa, skomplikowane złamanie ręki i nogi. Ze szpitala w Kolnie została przewieziona do Białegostoku. Jest po operacji, ale do zdjęcia gipsu daleko. Czeka ją bardzo długa rehabilitacja, także w Białymstoku. To oznacza koszty, których nikt nie zwróci.
Mają trochę ziemi, 2 konie, 2 krowy, kury. Żyją głównie dzięki pomocy społecznej.
Mogą liczyć tylko na siebie. Są świadomi, że ich dzieci czują się w szkole gorsze. Nie mają takich ubrań, jak inne ani warunków do nauki, chociaż dom przecież duży...
Jeżeli nasi Czytelnicy chcieliby wesprzeć rodzinę Ptaków, proszę o kontakt: Gabriela Szczęsna, tel. (086)215-35-71).
Ponadto w wydaniu papierowym: Przebudzenie, Tradycja nie w modzie?, Strasznie i wstyd, Pejzaż świateczny
Copyright © Kontakty / Webmaster _duszek