"Co robią rodzice, co źle wychowują dzieci?
1. Dają dziecku od maleństwa wszystko, czego zapragnie.
2. Chwalą i opowiadają przy niem o jego rozumie i zaletach.
3. Mówią przy niem, że nie umieją zmusić go do posłuszeństwa.
4. Ojciec i matka kłócą się o dziecko wobec niego.
5. Wmawiają dziecku, ze ojciec jest tylko od, aby był postrachem dziecka.
6. Ojciec pomiata matką przy dziecku.
7. Nie dbają o to, z kim się dziecko zadaje, czego słucha i co widzi.
8. Nie wszczepiają mu dobrych zasad, ale zbierają dla niego pieniądze i dają mu je do rąk.
9. Pozostawiają je bez dozoru i bez zajęcia.
10. Karzą je za drobne przewinienia, a śmieją się z jego złych skłonności.
11. Jeżeli nauczyciel lub majster karci dziecko dla jego dobra, biorą stronę dziecka.
12. Wysyłają dzieci na całe dni do pasienia bydła, które każą puszczać w szkodę".
Tę diagnozę rodzicielskich błędów wychowawczych przeczytałem w wakacje z oprawionego w ramkę fragmentu gazety sprzed wojny w Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu. Daty chyba nie było, ale można przyjąć, że ma około 70 - 80 lat. Co się w tym czasie wydarzyło? Czy dzieci są gorsze, a rodzice mądrzejsi? Czy rodzice głupsi, a dzieci takie same? Warto się zastanowić, bo nawet ostatni punkt nie stracił sensu (wysyłają dzieci na całe dni przed blok, a one z nudów niszczą, co popadnie; wysyłają dzieci na całe dni przed komputer, a one szkodę robią swemu umysłowi; wysyłają...).
W nowym roku szkolnym życzę tylko radości z własnych pociech.
Władysław Tocki
26.08.2010r.
Od redaktora
Kto pamięta sierpień 1980 roku, natychmiast staje mu przed oczami obraz niezwykłej solidarności narodowej w walce o wolność słowa, pogądów, związków zawodowych, która przerodziła się w wielki ruch społeczny "Solidarność", impuls do upadku niezniszczalnego zadwałoby się systemu politycznego i państwa, jakim był Związek Radziecki. Bez niego nie byłoby wolnej Polski, Czech, Słowacji, Słowenii, Chorwacji, Serbii, Niemiec Wschodnich, Litwy, Łotwy, Estonii... Nie byłoby nowego ładu w Europie, nowej Unii Europejskiej, innej historii świata, choćby Iraku. Żal, że 30 lat później po najwspanialszej w dziejach Polski jedności Polaków nie ostało się nic. Co roku rocznica Sierpnia 1980 jest za to okazją do oplucia się. Nie dziwi, że skoro nie potrafimy poszanować i docenić się sami, rocznica trzydziesta jest właściwie już tylko sprawą wyłącznie polską. I to z wyłączeniem najmłodszego pokolenia. Za pięć, dziesięć lat o Sierpniu wspominać będą już tylko styropianowi kombatanci, podzieleni na zwalczające się do upadłego grupki.
Kto pamięta kwiecień 2010 roku, natychmiast staje mu przed oczami obraz niezwykłej solidarności narodowej w bólu po tragedii pod Smoleńskiem. Mijające dni dawały nadzieję, iż to bolesny impuls do odrodzenia jedności Polaków w obliczu kryzysu i wyzwań współczesnego świata. Że tak potworne osłabienie, wzmocni nas! Żal, że już po dwóch miesiącach nie ostało się z niej nic. I już nawet nie rocznica, a każdy dzień jest za to okazją do oplucia się...
"Historia est magisrta vitae" (historia jest nauczycielką życia). Taką regułę dostrzegli ludzie już ponad dwa tysiące lat temu. Jesteśmy jej wyjątkiem! Niechlubnym! Tych, którzy nas nim uczynili i czynią, w niebyt skazują najjaśniejsze chwile naszej historii, powinniśmy skazać na niebyt!
Władysław Tocki
19.08.2010r.
Od redaktora
"Batalia o chleb powszedni. Na polach i w sklepach. W sierpniowy, żniwny czas wieś wyludniona. Na polach całe rodziny. Od rana do późnej nocy w ruchu ciągniki, snopowiązałki i kombajny. Roboty pełne ręce, bo zboża dorodne, często się zdarza, powalone przez wiatry. Na domiar złego długa zima i pleśń śniegowa w wielu gminach zubożyły plony żyta. Od połowy do końca lipca nasz region nawiedzały ulewne deszcze i burze. Spowodowało to spiętrzenie prac żniwnych...
Dotarliśmy do wielu wsi (w trzech powiatach), ażeby sprawdzić jak są zaopatrzone sklepy w produkty spożywcze w czasie żniw.
Sklep w Niedźwiadnej (pow. grajewski). Są dżemy i konserwy rybne oraz napoje chłodzące: oranżada, soki pitne i kwas chlebowy.
- Od połowy czerwca nie miałam przydziału mięsa ani kiełbasy - stwierdza sklepowa, Bogumiła Dobrzycka. Dopiero 16 lipca i wczoraj przywieziono ze Szczuczyna kiełbasę (dwa rodzaje): 33 i 42 kg.
Klienci stojący przy ladzie rzucają gromy na masarnię Gminnej Spółdzielni "SCh" w Szczuczynie: wczoraj kiełbasa (rzeszowska) była dość smaczna, choć jej jeszcze wiele brakuje... Przedtem kiełbasę przywożono "niedorobioną", z wodą. A ile razy była ona śmierdząca?!
- Na 700 mieszkańców z kilku wsi wędlin jest bardzo mało - pada kolejna wypowiedź - a na ostatnich spędach w Szczuczynie nie kupiono świń od rolników, tłumacząc tym, że GS nie ma już miejsca na przetrzymywanie zakupionych tuczników u siebie, a baza w Ełku nie odbiera zwierząt od GS-u...
Przed pawilonem sklepowym w LACHOWIE (pow. kolneński) zatrzymał się "Żuk" załadowany rumianymi, pachnącymi bochenkami chleba. Kierowca "Żuka" (pracownik GS w Kolnie) znosi świeży "dar Boży", leżący na drewnianej kładce, a deska leży na brudnej, zakurzonej podłodze "Żuka". Po tej samej desce, obok chleba, stąpa kierowca w zabłoconych pantoflach i bez białego fartucha. Chleb wrzucany jest do metalowych koszy stojących w sklepie.
Po wniesieniu chleba do sklepu w Lachowie rozsypała się długo formowana kolejka. Silniejsi mężczyźni rzucili się w kierunku koszy z chlebem, depcząc sobie po nogach, z całej siły rozpychając na boki matki i babcie, trzymające na rękach dzieci.
Na nic wysiłki pań sklepowych, które chciały zaprowadzić porządek wśród hałaśliwej, niekulturalnej klientelii.
- Co gorsze - mówią ekspedientki, Halina Chodnik i Krystyna Patalan - takie sceny są codzienne. I to nie tylko w czasie żniw. Chleb przywożony jest z Kolna w różnych godzinach. Ludzie złorzeczą, domagają się, aby chleb dostarczano do sklepu zawsze w tym samym czasie.
Jeszcze bardziej pchają się i kłócą ludzie w sklepie, kiedy przywiozą "wędlinę". Konserw mięsnych nie ma wcale; przywozi się je raz w miesiącu.
Polują na podstawowe produkty żywnościowe mieszkańcy kilku wsi, zaopatrujących się w sklepie w Koźlu (pow. kolneński).
- Wczoraj byli w naszym sklepie urzędnicy Gminnej Spółdzielni, PZGS i z Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Kolnie - relacjonuje Zofia Storczyńska. - Wszyscy zapisywali, co jest, a czego nie ma. Mówiłam: jest chleb, smalec, słonina, oranżada i cukierki. Kiełbasę i konserwy mięsne dostarczają raz w miesiącu i to... 50 sztuk.
Niewłaściwa organizacja pracy handlu, braki w zaopatrzeniu miasteczek i wsi w produkty spożywcze występują w pow. grajewskim, kolneńskim i łomżyńskim. Sygnalizowali nam o tym rolnicy z Białaszewa, Klimaszewnicy, Radziłowa i Wąsosza (pow. grajewski) i w Ptakach, Czerwonem i Wincencie (pow. kolneński).
- Proszę przyjechać do nas w czwartek - mówiły gospodynie z Przytuł (pow. łomżyński). Trzeba, żeby pan z gazety zobaczył, jak ludzie kości łamią, żeby kupić kawałek mięsa w postaci wędlin.
- Chleba nie mamy pod dostatkiem przez cały rok. Rzadko kto z nas dziś piecze chleb - mówił Edward Duchnowski, sołtys wsi Kubra Nowa (pow. Łomżyński). - Do sklepu w Chrzanowie przywożą chleb w poniedziałki i czwartki, a jak przywiozą to trudno się dopchać. Kilka razy żądałem (na zebraniach), aby chleb przywożono 3 razy w tygodniu w tych samych godzinach. Prośba mieszkańców do dziś niespełniona!
- Ostatnio ze dwa razy udało się kupić byle jaką kiełbasę - dodaje Zofia Duchnowska. Było w niej tyle wody, że następnego dnia zzieleniała...".
"Żniwny" artykuł napisał w 1970 roku Wenanty Z. Kruk dla "Dziennika Ludowego" Cenzor nie dopuścił go do druku.
Puszczam go teraz. Byśmy zobaczyli, że to, co się dzieje w żniwny czas w Polsce roku 2010 niewiele znaczy. Że mamy się z czego cieszyć! Bo to nie tylko 40 lat. To skok cywilizacyjny. Trwały. Dający wielki chleb. O taki warto kruszyć kopie. O bohaterach "batalii smoleńskiej, krzyżowej" za rok, dwa, najdalej pięć nikt nie będzie pamiętał!
Władysław Tocki
12.08.2010r.
Od redaktora
"Czasem, gdy runie piedestał widać, że nikt na nim nie stał". Ta myśl Jana Sztaudygera nawiedza mnie, gdy słucham i widzę, co dzieje się wokół katastrofy smoleńskiego: rzucanie oskarżeniami o zbrodnię, obrona "prezydeckiego" krzyża przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie. Czynią to ci, którzy boją się, że piedestał, na który wynieśli swego bohatera runie, gdy komisje zakończa badania, śledczy dochodzenie i ujawnione zostaną niepodważalne fakty. Wówczas wszyscy zobaczą, że to nie piedestał, lecz cichaczem podane szczudła... Historia zawsze odlicza je od wilekości!
Władysław Tocki
22.07.2010r.
Od redaktora
Od 10 kwietnia trwa polowanie na tego, który źle powie o zmarłych. Choćby mówił świętą prawdę, staje się wyrzutkiem dla polityków i mediów. Jakby nagle objawiło się jedenaste przykazanie, którego złamanie jest grzechem cięższym, niż jednoczesne złamanie znanych dotąd dziesięciu. Wszyscy wiedzą, że nie chodzi o zmarłych w ogóle, ale jednego i wszyscy udają, że tak nie jest. Sam niemal uległem temu szantażowi cynicznej hipokryzji!
W sobotę w Szczepankowie zginął Krzysztof Kruczyk. Poznałem go kilkanaście lat temu, gdy razem szkoliliśmy się na paralotniach. Dobry, życzliwy, pogodny, lubiany przez każdego, kto się z nim zetknął Krzysiek "Kurp". Wspaniały pilot i człowiek. Mogę o Nim powiedzieć publicznie wszystko, co wiem. Bez cenzury, że albo dobrze, albo wcale. Bo nigdy nie padłoby ani jedno słowo źle! Prawda, którą mi, Krzysiu, boleśnie wyłożyłeś jest bowiem taka, że jeżeli człowiek żyjąc nie czyni źle, po jego odejściu mówi się o nim tylko dobrze. Bez dekretowania, z serca, ale uczciwie. Jak o Tobie ...
Władysław Tocki
01.07.2010r.
Od redaktora
Ja głosuję. Ty głosuj! On, Ona niech głosują! My głosujemy. Wy głosujcie! Oni, One niech głosują!
Nie podoba się wykrzyknik? Żyjemy w wolnym kraju, każdy może postępować jak chce i nikt nie będzie tu wykrzykiwał: zrób tak, a nie tak?
Zgoda, wykrzyknik nie jest być może zbyt taktowny. Ale też nie pohukuję: ja głosuję na tego i tego, Ty głosuj na tego. Krzyczę: głosuj! Nieważne, czy z poczucia obowiązku, głosu sumienia, podpowiedzi własnego rozumu lub księdza. Głosuj, bo tylko wówczas nie pozbawiasz się prawa do oceny tego, który zostanie wybrany.
Ja głosuję! Ty ... ?
Władysław Tocki
16.06.2010r.
Od redaktora
Wiosenna paleta... Moja córka zaliczyła rok na dobrym uniwersytecie. Mój syn dostrzegł życiowy żywioł. Najbliżsi mi znakomicie sobie radzą. Tyle budujących spraw, by podzielić się z innymi. A myśl nie może uciec od pytania: co z Polską po 20 czerwca? Będziemy mogli wreszcie w spokoju tworzyć, czy nadal czeka nas niszcząca wojna na gorze, rozpełzująca się niczym swąd pod opłotki?
Chcę wierzyć i wierzę, że zależy to także ode mnie. Od mego głosu. Mojej zgody na Polskę wzajemnego poszanowania, wspólnego tworzenia, spokoju o przyszłość mojej córki i syna, moich najbiższych. Niezgody na Polskę wzajemnego wyniszczania się ludzi, burzącego podziału na "my" i "oni", lęku przed jutrem.
Będę głosował 20 czerwca. Wiem już, komu powiem "tak". Wiem, komu powiem "nie". Tym, którzy nie potrafią się z nikim porozumieć. Byłaby to strata mojego głosu. A wówczas zamiast oddać się pięknym, radosnym, budującym rzeczywistość i ducha sprawom, za kilka miesięcy znowu nie mógłbym uwolnić się od pytania: co z moją Polską?
Władysław Tocki
09.06.2010r.
Od redaktora
Na poczatku była Wanda Szuman. Doktor psychologii, ze słynnej "encyklopedycznej" rodziny Szumanów. Jej ojciec założył przed wojną znaną nie tylko w Toruniu klinikę. Gdy Ją poznałem, zajmowała w niej bodaj dwie klitki jako lokatorka. Nigdy ani słowem nie wsponiała o krzywdzie, jaką wyrządziła Jej rodzinie powojenna władza. Ba! Nawet o tym, że mieszka w zabranym przez państwo domu, dowiedziałem się przypadkiem i wcale nie od Niej. Nie żyła przeszłością, wspominkami damy z wyższych sfer. Żyła pasją, którą sama, jako psycholog, wymyśliła. Nie na papierze! Od razu ruszyła z nią do tych, którym mogła pomóc: niepełnosprawnych. Bez rąk, bez nóg, niewidomych, z porażeniem mózgowym. Pod Jej wpływem (nikt wówczas nie nazywał tego uczenie: rehabilitacja przez sztukę) i najczęśćiej za Jej pieniądze (farby, pędzle, płótno, papier, sztalugi etc.) zaczęli malować, rzeźbić, pisać, haftować. Ustami, palcami stóp. Miała ponad osiemdziesiąt lat, ja byłem na IV roku studiów. Coś się we mnie otworzyło, że nagle zapragnałem poznać Jej artystów. Jeden z nich mieszkał w Domu Pomocy w Śremie. Nazywał się Jerzy Omelczuk. Pochodził z Siemiatycz. Gdy go zobaczyłem, pokręconego straszliwą chorobą, w wózku, wśród starców i chorych psychicznie, dopadło mnie przygnębienie. Na krótko. Bo Jurek nie płakał nad swoim losem. Buntował się przeciw stosunkom w Domu, zepsutej od miesięcy windzie, przez co nie mógł wyjechać do pięknego parku tuż wokół murów. I malował, bo postanowił, że musi być wystawa jego prac. Wybił mnie z przygnębienia swą energią do tego stopnia, że z miejsca poszedłem do dyrekcji i nie przebierając w słowach, zrobiłem nieziemską awanturę. Jurek potrzebował jednego: farb i papieru, papieru i farb. Gdy wróciłem do Torunia, udało mi się naciągnąc kolegę, akurat działacza Zrzeszenia Studentów Polskich na zakupienie farb i papieru za 1 500 zł (wtedy zupełnie przyzwoite pieniądze) i wysłać do Śremu. Jurek zrobił wystawę, przysłał mi kajet z próbkami literackimi. Potem rzucało mną i nim po Polsce. Kontakt się urwał, ale wiem, że świetnie sobie radzi. Jest szczęśliwym człowiekim, ponieważ robi to, co jest jego pasją i z tego żyje. Doczekał się publicznego uznania i państwowych honorów. Podobnie jak Krzysiek Kosowski (gdy go poznałem miał 13 -14 lat) i inni, których los przed laty zetknął z Wandą Szuman. Człowiekiem, który w niepełnosprawnym widział pełnego człowieka. Trzeba mu tylko pomóc się odnaleźć, a złapie wiatr pod skrzydła...
I doktor Wanda, i Jurek, i Krzysiek zapukali przypomnieniem, gdy zobaczyłem tylu ludzi, którzy pochylili się nad zwykłą plastikową nakrętką, by pomóc niepełnosprawnym
Kubie, Kamilowi, Wiktorii, Monice. Skazanym na izolację, gdyż ich rodzin nie stać na kupienie wózków, by mogli samodzielnie "iść". A samodzielność to pierwszy impuls wiatru pod skrzydła ... Dawno mnie tak nic nie ucieszyło, jak świadomość, ilu ten impuls chce podsycać.
Człowiek, owszem, to nogi, ręce, oczy. Ale przede wszystkim serce dla drugiego człowieka.
Władysław Tocki
02.06.2010r.
Od redaktora
Trzech mężczyzn miało ucięte głowy. Byli zmasakrowani. Zostali znalezieni w krzakach na łąkach między Łomżą a Piątnicą! Taka informacja dotarła do redakcji kilkanaście dni temu. Z dziennikarskiego "nasłuchu" wynikało, że mówi o tym "miasto".
W dodatku nad Łomżą latał uporczywie i bardzo nisko śmigłowiec. Na pewno coś się stało! Zapytałem policjanta Komendy Miejskiej... Drugiego dnia po ukazaniu się w "Kontaktach" tekstu o bezskutecznych poszukiwaniach z powietrza przez pilotów motolotni i paralotni zaginionego starszego mieszkańca Łomży, usłyszałem informację, że właśnie został odnaleziony. Z odcietą głową i poćwiartowany! Zadzwoniłem do policjanta Komendy Miejskiej w Łomży. Tak, jak nie było trzech posiekanych trupów dwa tygodnie wcześniej, tak zaginony nie odnalazł się!
Zacząłem się głośno zastanawiać, skąd biorą się, gdzie, w czym mają źródło tak makabryczne wieści. "Ludzie chyba lubią mocną sensację", głośnym zastanawianiem odpowiedział policjant z "kryminalnych", czyli także od trupów, makabry, mrożących krew w żyłach scen...
Nie myślałem, że stanę przed dylematem, co lepsze: polityka, której symbolem stały się zwroty "spieprzaj, dziadu", "dorżniemy watahy", "ta małpa w czerwonym", "dyplomatołki", czy obecna hipokryzja? Jakkolwiek by to nie zabrzmiało i nie naruszało "czasu powagi" uważam, że zdrowsze dla społecznej psychiki Polaków było życie publiczne przed 10 kwietnia. Słowa, postawy i czyny, często brutalne i podłe, odkrywały prawdziwy wizerunek ludzi, idei i partii. Każdy mógł dokonać ich oceny, wyrazić sprzeciw lub uznanie choćby tylko kartą do głosowania. Zgodnie z własnym sumieniem, bo to, co słyszał znaczyło dosłownie tyle, ile zostało powiedziane, a to, co widział, działo się naprawdę.
Od miesiąca żyjemy w jakimś amoku udawania, że życie publiczne stało się lepsze i nie wolno tego psuć. W rzeczywistości nigdy dotąd nie było w nim tyle obłudy i zakłamania, w dodatku każdego dnia, na każdym kroku podnoszonych do cnoty moralnym szantażem katastrofy rządowego samolotu. Bo co innego nie pozwala publicznie postawić kilku zwyczajnych w takich okolicznościach pytań? Choćby takiego: dlaczego do Katynia leciały dwie delegacje, oficjalna premiera i nieoficjalna prezydenta? Dlatego, że oba ośrodki władzy były skłócone, a sukcesu politycznego jednego z nich, drugi nigdy nie uznałby za sukces Polski, lecz za własną porażkę, bez oglądania się na interes kraju! Czy odpowiedzialny zwierzchnik Sił Zbrojnych zaprasza na pokład samolotu dowódców wszystkich rodzajów wojsk? Czy prezydent dzielący naród, z rekordowo niskim poparciem społecznym, przez sam fakt przypadkowej śmierci w wypadku, naprawdę staje się "wybitnym mężem stanu", "bohaterem narodowym", "największym Polakiem", "równym królom"?
Zakłamanie wzmacniane jest zaklinaniem: nie wykorzystywać katastrofy do walki wyborczej, my tego nie robimy! Tym sposobem skutecznie zamyka się uczciwe oceny minionej prezydentury, procedur na styku różnych organów władzy państwowej, dysputę o koncepcji polityki wobec sąsiadów, patriotyzmie, bohaterstwie, odpowiedzialności, potrzebie unormowań uroczystości państwowych, klarownych kryteriów dotyczących Wawelu. Otwiera się za to nieograniczone pole zakamuflowanej, ale czytelnej insynuacji. Nikt już nie używa takich słów, jak "ruski agent", niegodnych w okresie wzrostu poziomu debaty publicznej (wiadomo, czyja to zasługa), ale kieruje do Sejmu rezolucję w sprawie śledztwa, bo lud może nie dostrzega, że rząd chodzi na łapkach przed ruskimi ... Żeby jednak głupi lud, nie wiadomo dlaczego wdzięczny Rosjanom nie pomyślał, że polityka zagraniczna jest nadal polityką wojenki, trzy dni póżniej puszcza nagranie z odezwą do "przyjaciół Moskali". Pisze 10 pytań do premiera. Z troski o śledztwo, bo lud może nie dostrzega, że z tym śledztwem coś nie tak ... Staje pod Pałacem Prezydenckim, by uczcić miesiąc od tragicznego dnia. Ci i tamci nie stają, niech lud zobaczy, że nie ma w nich współczucia ... Swoisty moralny szantaż "dobrego zachowania się" po katastrofie sprawia, że nikt nie mówi głośno: to potężna manipulacja i hipokryzja! Groźna społecznie, bo zacierająca sens słów podstawowych. Nie jest to tylko moja ocena. "Jesteśmy głęboko zasmuceni nieustającymi próbami wykorzystania tragedii naszych rodzin do celów politycznych i medialnych". Tak w liście otwartym do polityków i dziennikarzy napisały we wtorek, 11 maja, wdowy po generałach, rodziny pilotów, stewardes ...
Z bajki wiemy, że jeśli lis przymilał się do kruka, to tylko po to, by dobrać się do jego sera ...
Władysław Tocki
Od redaktora
Ogarnia nas zwyczaj, który (nawet, gdy nie dotyka mnie) budzi irytację! Prezentowy. Z każdej okazji. Imienin, urodzin, Świąt Bożego Narodzenia.
Już prawie nikt nie zadaje sobie trudu, by pamiętać o kiedyś usłyszanym od bliskiego pragnieniu, jego pasji, wnętrzu. A potem tak starannie „dobrany” prezent, poszukać. Kosztowałby wiele zachodu, ale wówczas nawet bezwartościowy (przeliczając na gotówkę) drobiazg, sprawiłby szczególną radość. Mnie sprawia tylko taki. Bo emanuje sercem... Ale kto ma dzisiaj czas na tak nienamacalną wartość?
Zwyczaj życiowego pośpiechu jest namacalny i prosty. Wystarczy zadać pytanie: co chcesz na imieniny, co pod choinkę? Może jestem staroświecki, ale gdy słyszę takie pytania, mówię „nic”. Z nieskrywanym wykrzyknikiem. Do dzisiaj, natychmiast i bez wahania! Do dzisiaj... Bo przed chwilą pomyślałem: a gdyby władza zapytała, co chcę w prezencie na Nowy Rok? Złamałbym się! Odpowiedziałbym natychmiast i bez wahania. Z jakże innym w tonie wykrzyknikiem. Zgody i życzliwości! Wzajemnej emanacji serca... Nienamacalnej. A jednak fundamentu wszystkiego.